Uważność – sztuka bycia tu i teraz, którą ciągle odkrywam na nowo
Jest późne popołudnie. Siadam przy biurku, z kubkiem herbaty w ręku. Za oknem życie toczy się jak zawsze – ktoś biegnie, ktoś trąbi, komuś się spieszy. A ja… po prostu siedzę. Oddycham. Patrzę. Słucham. Jestem.

To nie zawsze było takie oczywiste.
Przez lata żyłem jak wielu – na autopilocie. Zadania, obowiązki, powtarzalne schematy. Ciało robiło swoje, a głowa była gdzieś indziej. I tak dzień po dniu, aż pewnego dnia moje ciało powiedziało: „Stop”. Diagnoza? Cukrzyca.
Nieprzyjemna, ale – jak się później okazało – potrzebna. Bo to był moment, w którym naprawdę się obudziłem.
„Nie zgadzam się z takim scenariuszem!”
To zdanie wypowiedziałem na głos, w ciszy swojego domu, chwilę po powrocie od lekarza.
Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to jedno zdanie zapoczątkuje nowy etap mojego życia. Etap, w którym uważność stanie się nie tylko słowem z książek rozwojowych, ale moją codzienną praktyką.
Czym dla mnie jest uważność?
Nie jestem buddyjskim mnichem. Nie medytuję po kilka godzin dziennie. Nie siedzę po turecku w idealnej ciszy. Ale uważność towarzyszy mi w prostych, codziennych sytuacjach.
- Kiedy rano piję kawę i naprawdę ją smakuję.
- Kiedy zamiast przeskakiwać z zadania na zadanie, robię jedną rzecz na raz.
- Kiedy patrzę dziecku w oczy, nie zerkam ukradkiem na telefon.
- Kiedy coś mnie zdenerwuje – i zanim zareaguję, biorę głęboki oddech.
To właśnie w tych małych chwilach jestem naprawdę obecny. I wiesz co? To zmienia wszystko.

Uważność a myśli katastroficzne
Znasz to? Ktoś się spóźnia piętnaście minut i Twoja głowa już układa najczarniejsze scenariusze. Wypadek? Zasłabnięcie? Coś złego musiało się stać…
Zastanawiałem się kiedyś: dlaczego nasz umysł tak szybko wybiera najgorsze?
Odpowiedź przyszła po dłuższej refleksji – bo kiedy zakładamy najgorsze, nasze ciało już teraz przeżywa małe cierpienie, żeby później, gdy wszystko okaże się „okej”, mogło poczuć ulgę.
Brzmi dziwnie? Może. Ale tak właśnie działa nasza podświadomość.
Dziś, kiedy nachodzi mnie taka myśl – robię „PIT STOP”. Zatrzymuję się i pytam:
👉 Co jeszcze mogło się wydarzyć?
👉 Jakie są inne, bardziej neutralne powody tej sytuacji?
To proste ćwiczenie uważności, które nie raz ratowało mnie przed niepotrzebnym stresem.
Słowa też wymagają uważności
W jednej z rozmów ktoś powiedział: „Nie wypiłem rano kawy. Masakra!”
I wiesz co? Zadrżałem. To tylko kawa. Ale jak mocne słowo!
A ile razy sami siebie krytykujemy w myślach: „Jestem beznadziejny…”, „Znowu zawaliłem”…
To też są słowa, które mają moc. Uważność uczy mnie, by być uważnym również na to, co mówię – do innych i do siebie samego.
Zamiast więcej – głębiej
Czytam książki. Ale nie hurtowo.
Nie po to, by zaliczać tytuły, tylko po to, by coś z nich wynieść.
Zatrzymuję się. Notuję. Wprowadzam w życie.
Bo jak mówi Morfeusz do Neo w Matrixie:
„Istnieje różnica między znajomością drogi, a podążaniem nią.”
Z uważnością jest dokładnie tak samo.
Można o niej czytać. Można mówić.
Ale dopiero, gdy zaczynasz nią żyć – zmienia się wszystko.
🔚 Na zakończenie…
Uważność nie jest lekarstwem na całe zło świata. Ale jest światłem, które możesz włączyć, kiedy wszystko wokół staje się zbyt głośne, zbyt szybkie, zbyt męczące.
To decyzja, by choć na chwilę przestać pędzić i zacząć naprawdę żyć.
A Ty?
👉 Kiedy ostatnio byłeś naprawdę obecny?
👉 Nie tylko ciałem, ale sercem, myślami, duszą?
Podziel się ze mną w komentarzu – Twoje doświadczenie może być inspiracją dla innych 💬👇

Autor: Marcin Łaptos – Mental Coach, Publisher, Praktyk z ponad 15-letnim doświadczeniem w sprzedaży







